wtorek, 30 października 2012

Dziecko nie akceptuje nowego partnera


Niełatwo żyć samotnie. Do tego wychowując w pojedynkę dziecko lub dzieci. Więc kiedy udaje nam się spotkać kogoś, kto wydaje się odpowiedni, trudno się nie cieszyć. Bo może wreszcie uda się założyć tę wymarzoną szczęśliwą, pełną rodzinę? Ale czasem tę naszą radość przyćmiewa pewien cień...


Mam przyjaciółkę, której synowie nie chcieli zaakceptować żadnego z "proponowanych im wujków". Próbowała trzy razy i za każdym razem klapa. Jak nie otwarty bunt oparty na strajku głodowym i nieodrabianiu lekcji (chłopcy 12 i 15 lat), to zjadliwe uwagi i zaczepne aluzje pod kątem partnera matki. Na nic się zdały rozmowy, prośby, przekonywanie. Na nic próby wspólnych wyjść, wyjazdów na narty, niedzielnych pikników. Nie i koniec.
Faktem jest, że ojciec chłopców robi co może, by zbuntować synów i przeciw matce i przeciw jej potencjalnemu przyszłemu mężowi... A dzieci solidarne z ojcem, nie pozwalają żadnemu mężczyźnie wypełnić miejsca po poprzedniku. I tym sposobem moja przyjaciółka albo ukrywa związek przed dziećmi, albo w końcu się poddaje i znów zostaje sama. I pewnie to się nie zmieni. No może wtedy, kiedy dzieci już pójdą na swoje i zaczną żyć własnym życiem...

Dla równowagi: Sąsiad owdowiał ciut ponad rok temu. Został sam z dwójka dzieci - 5-letnim chłopcem i 2,5-letnią dziewczynką. Nikogo nie szukał, ale los chciał, że poznał pewną kobietę. Miłą, spokojną, bardzo mu odpowiadającą dziewczynę. I co? I nie wyszło im. Dlaczego? Bo jego dzieci jej nie zaakceptowały. Ilekroć przychodziła w odwiedziny dostawały ataku płaczu, histerii, rzucania się na ziemię, tupania nogami, darcia się bez opamiętania... No ile tak można było? Wytrzymali pół roku i rozstali się. W zgodzie, choć z dużym żalem...

Czyli to nie wiek dziecka decyduje o tym, że odrzuca nowego partnera rodzica. Również nie powód rozstania rodziców - bo czy śmierć, czy rozwód, efekt bywa taki sam. Veto potomków i ...
I właśnie - co?
Zrezygnować ze swojego szczęścia? Poświęcić się wychowywaniu dzieci, dbając tylko o nie, o ich komfort psychiczny, o ich szczęście? Czy akceptować i wypełniać ich prośby, wymagania, oczekiwania? Czy też nie poddawać się presji małych szantażystów i walczyć o siebie i swoje marzenia? Ale czy nam wolno? Czy to uczciwe skazywać dziecko na przebywanie pod jednym dachem przez wiele lat z człowiekiem, którego nie lubi, nie akceptuje? A może liczyć, że się do niego przekona, pokocha, przywyknie?

Nie wiem.
Moja babcia zawsze mi powtarza: "To matka decyduje, a dziecko ma słuchać. Nie może dziecko ustawiać matce życia!" Może i nie może. Ale jakoś trudno zupełnie zlekceważyć wolę małego (lub młodego) człowieka, którego kochamy najbardziej na świecie... Trudno żyć wiedząc, że jest nieszczęśliwy.. Ale i trudno samemu ze szczęścia zrezygnować...

Może ktoś z Was ma za sobą takie doświadczenia i zechce się nimi podzielić? Może ma na to receptę, sprawdzone sposoby, znalazł złoty środek? Chętnie poczytam, tym razem ja :)
A póki co pozostaje mi życzyć nam wszystkim partnera, którego pokochamy i my i nasze dzieciaki. Trzymam za to mocno kciuki! A.S.